Szkoła, czyli miejsce na wygodne nicnierobienie

Po wakacjach zaczęła się szkolna rzeczywistość. Jako że jeden pan minister odszedł, pani minister nastała, to zaczęło się jak zwykle wywracanie systemu na drugą stronę (no, ale to na osobny wątek - bo ciekawostek, czytaj głupot, to nowa ekipa zafundowała już sporo w szkolnictwie). W każdym razie nie ma przymusu mundurkowego, choć szkoła może go wprowadzić w statucie.

Ja - rodzic świadomy - poszedłem z początkiem roku do sekretariatu szkolnego. “Dzień dobry, dzień dobry - statut poproszę”. Panika. Po co mu statut? Sekretarka wybiega. Narada w gabinecie dyrektorki. Statutu nie ma. Znaczy jest, ale ma go pani nauczyciel Iksiński, a on dopiero od drugiej lekcji zaczyna. Nie szkodzi, poczekam, to w zasadzie jeszcze tylko 20 minut. Konsternacja. Zależy mu. Ale dlaczego? Siedzę sobie grzecznie w sekretariacie, a sekretarka kursuje co chwilę do dyrektorki. Wreszcie statut się znalazł, nawet bez pana Iksińskiego. Dają mi coś wydrukowanego, co jest jeszcze pokreślone długipisem, z jakimiś notakami po bokach. No, jakby Edek tak zeszyt prowadził, to pała murowana. A tu taki oficjalny dokument, najważniejszy w całej szkole.

 Przeglądam Ci ja ten statut i oczywiście ani słowa o mundurkach, choć zapis powinien być, bo były obowiązkowe. Przez rok widać nie udało im się go wprowadzić. Przejrzałem dla pewności dwa razy, łącznie z tymi bazgrołami, podziękowałem, poszedłem.

Za dwa dni pierwsza wywiadówka. Oczywiście naczelne hasło - mundurki nadal obowiązkowe.

- Czy jest to zapisane w statucie, bo nie znalazłem?

- Pani nie wie, ale nawet jak nie ma, to Pani Dyrektor dziś dopisze.

- No a konsultacje z radą rodziców, a zatwierdzenie zmian w statucie?

- Pani nie wie, ale mundurki zostają.

Jak zwykle. Wszystko od końca i byle nie było zbyt wiele roboty. Się pani wydaje i tak ma być. I co, kopać się z koniem? Pomyślałem, że jeśli nie zmienią tego statutu do końca roku, to ja Edka przestanę w tym ohydztwie do szkoły posyłać. Bo taki wzór tego mundurka wybrali, że co rano nie wiem, czy dziecko idzie na lekcje, czy rowy pogłębiać, kiedy go założy.

Nowy początek. Kolejny zapewne :)

Postanowiłem ostro wziąć się do uzupełniania zaległości wpisowych. Takiego lekkiego kopa dostałem, więc trzeba to wykorzystać, bo wiadomo - ADHD czycha i może się zdarzyć znów dłuuuuuuuuuuga przerwa.

Wspominałem już, że byliśmy na imprezie integracyjnej dla dzieci z ADHD w Krakowie. Było fajnie i bez zamieszania, ze strony naszej rodzinki przynajmniej ;) To “bez zamieszania” jednak okazało się trochę na wyrost. A najbardziej na wyrost okazało się moje stwierdzenie, zamieszczone na blogu, że niczego nie zgubiliśmy. Niestety. No po kolei…

W M1 w Krakowie jest kilka restauracji. Dają jeść mniejsze lub większe śmieci, w przyjemnej lub mniej atmosferze. Głodni ludzie jedzą. My byliśmy głodni, więc w jednej z nich zasiedliśmy i jedliśmy. I poroskładaliśmy wokół siebie wszystkie manatki, w stanie wydawałoby się dość nawet uporządkowanym. Niestety pośród nich był też rodzinny aparat z rodzinnymi zdjęciami. Już się chyba domyślacie… Brak aparatu odkryliśmy po tygodniu. Znaczy ja zapytałem Franka, gdzie jest aparat, który mu dałem, a on odparł, że przecież nic mu nie dawałem. I drogą dedukcji doszliśmy do restauracji, gdzie aparat po raz ostatni był widziany. Zaginął i nie powrócił. I nie powróci. A z nim nasze zdjęcia z wakacji i z koncertu, i nowa karta pamięci, diabelnie szybka. Przyjąłem to z zadziwiającym spokojem ;)

A z całej imprezy mam dwa niewyraźne zdjęcia zrobione komórką, które pewnie coś tam przedstawiają.

dsc00270.JPG

 dsc00272.JPG

No więc to jedyne pamiątki z tej imprezy. A niedługo postaram się napisać o powakacyjnej szkole… Bo też było ciekawie.

Problemy z regularnością

To chyba typowe dla adhd-owca, a już jak się to ADHD kumuluje w 3/4 rodziny, to w ogóle porażka… Czasem i przez miesiąc o blogu zapominam albo pamiętam, kiedy jestem z dala od komputera. A jak jestem blisko, to jakoś weny nie ma. Teraz też… Wiem, co chciałem napisać, ale nie mogę się zebrać. I piszę o kłopotach z regularnością, choć zupełnie co innego miałem opowiedzieć. Ufff…… ADHD do kwadratu.

Sporo po wakacjach…

… a jakoś tak upłynęło bez pisania. Wiadomo, że adhd-owcom zapału starcza na krótko i mnie to nie ominęło. Po prostu zapomniałem, że założyłem bloga! Normalka. Ale przypomniało mi się ;-) . No więc nawet mi się chce pisać. W ostatni weekend wybraliśmy się całą rodziną do Krakowa, na fajną imprezę poświęconą ADHD. Był koncert Dody i Natalii Lesz, jakieś nagrody, zabawa. Dla każdego coś miłego. Mnie akurat taka muza nie interesuje zbytnio, więc wsiąkłem pomiędzy regałami z elekroniką, Edek z koleżanką stali w deszczu pod sceną po autografy. Starszy w ramach pogodzenia się z sympatią postanowił ją bardziej uświadomić, co mu się w głowie kołacze ;-) - i siedzieli najpierw u miłej pani psycholog, a potem jeszcze podłączyli się do biofeedbacku. Generalnie fajnie. Podziwiam organizatorów, że tyle tego - i porady, i koncert, i wolontariusze w super koszulkach. Te z górą ponad sto kilometrów opłaciło się jechać. I nawet bez dramatycznych przygód się obyło - niczego nie zgubiliśmy, nic się nie zepsuło, nikt się nie pokłócił, co często się trafia, jak się tyle indywiduów zbierze, nawet w rodzinie.

Wakacje

W końcu wróciliśmy z połówki urlopu. Połówki - bo jak zwykle u osób z ADHD, decyzja co do miejsca i czasu ciągnęła się i ciągnęła, i nastał maj, czerwiec i lipiec, i nic. No a potem w trzy dni spakowaliśmy się - i w drogę. Nie bez problemów oczywiście. Franek oświadczył, że ze starymi nigdzie nie jedzie i zostaje w domu. OK. Na sześć godzin przed wyjazdem jednak stwierdził, że jadą - znaczy on i dziewczyna. To trzeba załatwić dodatkowy pokój w hotelu. Oczywiście nie ma miejsc. Więc szukamy. W końcu - to on znowu nie jedzie. Chaos jak sto pieronów. Znowu jedzie. Znależliśmy hotel, ale 10 kom dalej. Jedziemy. Będziemy tutaj.

Wyjeżdżamy. W dwa samochody. Znaczy nie tak prędko, bo jeden wóz od miesiąca niejeżdżony i jakoś tak dziwnie nie ma do niego dokumentów. Wywracamy dom do góry nogami i nie ma. Jadę do biura - bo może tam został. Nie ma. Dzwonię do mechanika, czy na pewno mi oddał. Ten przestrząsa warsztat. Zaklina się, że oddał. Mamy już pięć godzin obsuwy, ciemna noc, a mieliśmy wczesnym popołudniem wyjeżdżać. Dobra, ryzykujemym jedziemy bez papierów. Sięgam do schowka po mapę. Znajduję papiery do drugiego auta. Po prostu ADHD w czystej postaci. Jak Dominika z nami trzema wytrzymuje i tyle lat wytrzymała?!

Dojechaliśmy, odespaliśmy. Franek z Martą gdzieś się zapodziali, myśmy pierwszy dzień leniuchowali. A potem katakumby, czyli bunkry, schrony, podziemne korytarze. Ogniska i grille i znowu bunkry. Potem bunkry, ale samotnie, bo się reszta zbuntowała i poszła opalać. Na kij mi słońce - skoro są bunkry :) .

Tydzień minął. Wróciliśmy niebywale płynnie, co nawet mnie mocno zdziwiło. Tylko jeszcze dom posprzątać, po tych przedwyjazdowych poszukiwaniach trzeba było. Ufff… Urlopy bywają męczące. Zwłaszcza że jeszcze została druga połówka do wykorzystania - tylko kiedy i gdzie?

Będą tańsze leki?

Oczom nie wierzę… Jak się można dowiedzieć na forum o ADHD, na którym bywam czasem, być może będzie jakaś refundacja Concerty.

Fajnie by było. Teraz mi wychodzi miesięcznie 1000 na Edka i Franka (bo Franek ciągle częściowo na moim “garnuszku”). Na jakieś wakacje chyba wyjadę albo furę zmienię, jak to przejdzie…

Koniec roku szkolnego

Z pół miesiąca potrzebowałem na ochłonięcie. Całkiem sporo od 20 czerwca, daty, którą jeszcze długo pamiętać będę. Co się stało? Można powiedzieć - to, co zwykle, jak zwykle, nic, czego by się nie można spodziewać… No ale zawsze taka jakaś nadzieja przewrotna, że w tym roku to lepiej będzie, że jakoś tak wszystko znormalnieje.

Do rzeczy. Jakiś miesiąc przed klasyfikacją spotkałem się z wychowawczynią Edka, żeby wysondować, jakżesz to będzie na koniec roku wyglądało. Pani w samych superlatywach - że Edek się poprawił, że ładnie pracuje, że pozytywnie reaguje na wskazówki nauczycieli, że w ogóle jest super. No to super!

Minęły ze trzy tygodnie. Ostatnia wywiadówka. Karteczka z propozycjami ocen na koniec roku. Zachowanie nieodpowiednie.

Co jest?! Pobił kogoś? Szkołę zdemolował, naubliżał dyrektorce - no przecież o niczym takim nie wiem. Więc się pytam spokojnie, choć już podminowany. - A bo syn nie siedzi spokojnie na lekcjach, więc się nauczyciele nie zgodzili na inną ocenę, bo im zaburza tok zajęć. I mimo wielokrotnych upomnień cały czas wstaje albo się wierci, albo odwraca tyłem do tablicy.

(Fragment z zaleceń poradni psychologiczno-pedagogicznej, które leżą w szkole odkąd się tam Edek pojawił, a co roku przynoszę nową wersję: “(…) należy umożliwić dziecku częstą zmianę pozycji w trakcie lekcji, wskazane jest zlecanie mu ścierania tablicy, podawania pomocy. Dziecko wykazuje potrzebę dużej aktywności ruchowej, którą należy mu umożliwić, także w czasie lekcji i ukierunkować.”)

No jakby mnie piorun strzelił. Więc lezę do dyrektorki. Pytam, czy nauczyciele zapoznali się z papierami z poradni.

- Tak, zapoznali się. Chciałem zapytać, czy zrozumieli, ale się w porę w język ugryzłem.

 - Więc - dlaczego?

- Ano, bo tok lekcji zakłóca.

- No ale on tak ma, tak się objawia ADHD, to niezależne od niego.

- Ale sprawiedliwość wymaga, żeby mu ocenę obniżyć.

- Ale aż tak?!

- A bo to bardzo często było.

No, jakbym z upośledzonymi gadał, a nie z ludźmi po kierunkowych studiach. Oświadczyłem, że ja się z tym nie zgadzam. I wypisałem pismo do dyrekcji, jeszcze do wiadomości referatu edukacji i kuratorium, z pytaniem, w jaki sposób te zalecenia z poradni oni stosują, bo mi nie wygląda na to. Cisza.

W końcu na świadectwie ocena z zachowania - dobry!

No, ale dlaczego - bo się pisma wystraszyli. Nie dlatego, że zrozumieli, że pojęli, że umieją i chcą. Dlatego, że się boją. Dla świętego spokoju i olewactwa. Jakby trafili na bardziej spolegliwego, to “zapałowaliby” to zachowanie i pewnie jeszcze oceny z wielu przedmiotów. I dlatego taki wściekły byłem.

Wszystko nie tak

Miałem sobie spokojnie Euro pooglądać. Spokojnie jednak nie było.

Najpierw zaczęło się Euro. I od razu skończyło dla naszych, więc już byłem podminowany.

Ale oczywiście to było tylko preludium do kolejnych zdarzeń. Szkoła oczywiście, bo cóż innego, i kolejne aberracje związane z nauczycielami… Jak ci ludzie pokończyli studia?! A przede wszystkim - kto im zaliczył maturę?! Bo średnie wykształcenie chyba musi wymagać minimum inteligencji chyba. No ale jakimś dziwnym trafem skończyli studia nawet i znaleźli się w szkole, do której nieszczęśliwie moje dziecko uczęszcza.

Nie mam siły nawet tego komentować, chociaż już się zaczęły wakacje. Muszę jeszcze to przetrawić, bo jak tylko pomyślę - to mnie szlag trafia, cholera bierze i mam ochotę strzelać.

Słomiany zapał c.d.

Nawet nie ma co gadać. A poza tym Euro się zaczęło, więc czasu na pisanie nie ma…

Słomiany zapał…

… to częsta adhd-owa przypadłość. Miałem regularnie pisywać na blogu i jak widać nie za bardzo się udaje. Ale… Po pierwsze jak zwykle robota - odkładana na ostatnią chwilę (bo zawsze jakieś ciekawsze i pilniejsze zajęcia sobie wynaleźć potrafię). A tu zaczynają kontrahenci dzwonić, a się upominać, a to miało już być tydzień temu gotowe, a czemu nie jest… Co miałem powiedzieć?! Zarwane noce i dnie od świtu do wieczora przez dwa tygodnie. Poszło!

Potem majowy długi weekend, to mi się po tej katordze nic nie chciało, nawet onetu odpalić. Więc blog leżał odłogiem. Potem znów robota, bo obiecałem sobie, że tym razem zwlekać nie będę. I nastał nowy długi weekend. Można delikatnie się “rozpisywać” :)