No, będzie ta refundacja!

Złapałem się na tym, że jeden temat wciąż wałkuję. Ale to jeden z najważniejszych moich codziennych problemów, bo ciężki pieniądz, a i w domowym budżecie wydatek znaczący.

Ale już koniec (na razie przynajmniej ;-) ). Concerta refundowana ma być od 16 marca! I mam nadzieję, że się do tego trochę przyczyniłem - ze trzy pisma do Ministerstwa Zdrowia wysłałem z zapytaniami, coś tam próbowałem interweniować. Żałuję, że nie mogłem być na manifestacji, która miała ponaglać rząd, ale grypa i 39 stopni mogą mnie trochę usprawiedliwić. Szkoda, ale gratuluję uczestnikom i organizatorom skuteczności.

A tak poza tym… Jednak regularność pisania wychodzi mi nieszczególnie. Cóż robić, taka karma, takie geny ;-)

O naiwności słów kilka…

Zdążyłem się ucieszyć, że refundacja na Concertę będzie. Zdążyłem nawet na tę okazję wydać “zaoszczędzone zaliczkowo” pieniądzie (pisałem o tym tutaj). A tu… Jak zwykle… Pani minister Kopacz obiecuje (przypominam - 24 listopada 2008 r.), a potem, hmmm, oddaje do konsultacji. To stara paryjna metoda, rodem z PRL-u - jeśli jest problem, którego nie chcesz rozwiązać, to powołaj komisję. A więc problem się gdzieś kotłuje, konsultuje i opiniuje, nikt już nie pamięta o obietnicach, a rząd oszczędza. A mnie szlag trafia. Nie to, że wydałem te pieniądze, niby zaoszczędzone (dwa razy ;-) ), ale to, że faktycznie uwierzyłem, że pomyślałem sobie - OK, udało się, hura! Santa simplicitas!

Recepty czekać nie mogą, biorę dziś te ponad sześć stów i idę do apteki. Starczy na dwa tygodnie. Ale nie ma się co łudzić - pewnie w marcu też rząd nie zdąży. Poszuka oszczędności - szkoda tylko, że jak zwykle w kieszeniach ludzi. A przecież nie tylko na leki trzeba wydawać. Byłem ostatnio w Poradni ADHD, zapisałem Edka na zajęcia grupowe. Zajęcia fajne, ale na same dojazdy wyjdzie sporo (80 km z okładem w jedną stronę co tydzień). Dziękuję w imieniu swoim i innych rodziców, że Pani Minister potrafi nas zachęcić do wspierania budżetu. Budżetu państwa rzecz jasna, bo nie naszego domowego.

O skutkach zapominania i odkładania na potem

Jakoś tak się złożyło, że od dłuższego czasu jeździłem autkiem firmowym. Dominika swoim, a moje stało w garażu. Po wakacjach je tam wstawiłem, wiedząc, że coś jakby z ręcznym nie teges, od razu nie odpuszcza, zacina się i właściwie wypadało mu się przyjrzeć. No i tak sobie raz na jakiś czas przypominałem o tym ręcznym, ale były jak zwykle u adha-dowca sprawy naglejsze i pilniejsze, o ciekawszych nie wspominając. A i przypominałem sobie jak by coraz rzadziej. Do dzisiaj.

W piątek służbowe poszło do mechanika na przegląd. Też oczywiście sporo zamieszania, bo choć wiedziałem o tym od miesiąca, to jakoś mi się te daty nie utrwaliły. Więc z pracy dzowniłem po Dominikę, żeby mnie zabrała, a ona na jakimś babskim spotkaniu po dwóch drinkach, więc Franek, który mamrocze, bo był umówiony, no w końcu w domu.

A dzisiaj - hmmm… Franek wózek zostawił na światłach. Wiadomo - akumulator wydzwoniony totalnie. No to pojedziemy moim. Więc najpierw wypchaliśmi z podjazdu jeden, po śniegu i lodzie to wiadomo, jak to fajnie się pcha, odpalam drugi. Cyka jak marzenie. Ale jechać nie chce. Hamulce przypieczone, przyrdzewiałe, kij ich wie. Nawet walenie młotkiem nie pomaga. Nie puszczą i już. To był moment, który zdarza się nader często. ADHD - wszystko męczące na później, wszystko, co nagłe - natychmiast.

Ale z drugiej strony - może tak właśnie los mnie chciał uchronić przed teściami, do których nie dotarliśmy? ;-)

 PS

A tak na marginesie, to być może od lutego jednak będzie refundacja Concerty. Cieszę się, bo hipotetycznie zaoszczędzone na lekach pieniądze już oczywiście z Dominiką zaliczkowo przepuściliśmy.  ;-)

Noworoczne postanowienia

- żeby regularnie pisać

- żeby regularnie pisać

- żeby regularnie pisać

 - chociaż już 9 stycznia, to może zacznę i jeszcze tej regularności przybędzie…

Jak zwykle władza robi nas w balona

Wiedziałem, że może być zbyt pięknie. Niby że refundacja leków na ADHD już od stycznia. Akurat! Jak zwykle w tle jakaś niekompetencja albo polityczka. Zresztą popatrzcie sami, bo mi się gadać nie chce: http://www.nia.org.pl/nia.php?i=aktualnosci_more&id=721 . Jedyne, na co można liczyć w kwestii ADHD, to wsparcie ludzi, którym na czymś naprawdę zależy. Bo ministrom na nas na pewno nie zależy, zwłaszcza kiedy do wyborów daleko.

Idą Święta

Już się boję. Niby co roku to samo, ale to jest najbardziej chaotyczny chaos, jaki znam. Teraz niby taki spokój - sielanka - jednak to cisza nie przed burzą, lecz przynajmniej huraganem. Dominika będzie się wściekać na nas trzech, że do ostatniej chwili czekamy z myciem okien, czy trzepaniem dywanów. Że po dziesięć razy biegamy do sklepu, bo znowu jakoś zapomnieliśmy o rodzynkach, a na kartce jak wół napisane. Potem i tak się okaże, że przeoczyliśmy to, czy tamto. Albo już w wigilijny wieczór coś się stłucze, zawali, zepsuje, ktoś się obrazi… Zawsze mam takie czarne myśli. Może te “nieszczęścia” to tylko w pewnym stopniu ADHD nas trzech, a w pewnym efekt czarnowidztwa? Najlepiej chyba byłoby to przespać wzorem niedźwiedzi. Ale z drugiej strony - jakże to tak bez Świąt?!

Refundacja

Stało się! Wreszcie coś zrefundowali, co już jakiś czas temu można było nieśmiało przewidywać (pisałem o tym tutaj). Od stycznia ma być ryczałtowa opłata za Concertę - wreszcie jakiś lek na ADHD będzie w ludzkiej cenie. Szkoda, że tylko jeden - bo co z ludźmi, którzy źle reagują na metylfenidat. Może ktoś jeszcze podejmie taką decyzję w stosunku do Strattery, która nawet jest droższa? No, ale nie narzekajmy! Jak dla mnie - to po prostu luks. Jedna trzecia pensji zostanie w domu!

Szkoła, czyli miejsce na wygodne nicnierobienie

Po wakacjach zaczęła się szkolna rzeczywistość. Jako że jeden pan minister odszedł, pani minister nastała, to zaczęło się jak zwykle wywracanie systemu na drugą stronę (no, ale to na osobny wątek - bo ciekawostek, czytaj głupot, to nowa ekipa zafundowała już sporo w szkolnictwie). W każdym razie nie ma przymusu mundurkowego, choć szkoła może go wprowadzić w statucie.

Ja - rodzic świadomy - poszedłem z początkiem roku do sekretariatu szkolnego. “Dzień dobry, dzień dobry - statut poproszę”. Panika. Po co mu statut? Sekretarka wybiega. Narada w gabinecie dyrektorki. Statutu nie ma. Znaczy jest, ale ma go pani nauczyciel Iksiński, a on dopiero od drugiej lekcji zaczyna. Nie szkodzi, poczekam, to w zasadzie jeszcze tylko 20 minut. Konsternacja. Zależy mu. Ale dlaczego? Siedzę sobie grzecznie w sekretariacie, a sekretarka kursuje co chwilę do dyrektorki. Wreszcie statut się znalazł, nawet bez pana Iksińskiego. Dają mi coś wydrukowanego, co jest jeszcze pokreślone długipisem, z jakimiś notakami po bokach. No, jakby Edek tak zeszyt prowadził, to pała murowana. A tu taki oficjalny dokument, najważniejszy w całej szkole.

 Przeglądam Ci ja ten statut i oczywiście ani słowa o mundurkach, choć zapis powinien być, bo były obowiązkowe. Przez rok widać nie udało im się go wprowadzić. Przejrzałem dla pewności dwa razy, łącznie z tymi bazgrołami, podziękowałem, poszedłem.

Za dwa dni pierwsza wywiadówka. Oczywiście naczelne hasło - mundurki nadal obowiązkowe.

- Czy jest to zapisane w statucie, bo nie znalazłem?

- Pani nie wie, ale nawet jak nie ma, to Pani Dyrektor dziś dopisze.

- No a konsultacje z radą rodziców, a zatwierdzenie zmian w statucie?

- Pani nie wie, ale mundurki zostają.

Jak zwykle. Wszystko od końca i byle nie było zbyt wiele roboty. Się pani wydaje i tak ma być. I co, kopać się z koniem? Pomyślałem, że jeśli nie zmienią tego statutu do końca roku, to ja Edka przestanę w tym ohydztwie do szkoły posyłać. Bo taki wzór tego mundurka wybrali, że co rano nie wiem, czy dziecko idzie na lekcje, czy rowy pogłębiać, kiedy go założy.

Nowy początek. Kolejny zapewne :)

Postanowiłem ostro wziąć się do uzupełniania zaległości wpisowych. Takiego lekkiego kopa dostałem, więc trzeba to wykorzystać, bo wiadomo - ADHD czycha i może się zdarzyć znów dłuuuuuuuuuuga przerwa.

Wspominałem już, że byliśmy na imprezie integracyjnej dla dzieci z ADHD w Krakowie. Było fajnie i bez zamieszania, ze strony naszej rodzinki przynajmniej ;) To “bez zamieszania” jednak okazało się trochę na wyrost. A najbardziej na wyrost okazało się moje stwierdzenie, zamieszczone na blogu, że niczego nie zgubiliśmy. Niestety. No po kolei…

W M1 w Krakowie jest kilka restauracji. Dają jeść mniejsze lub większe śmieci, w przyjemnej lub mniej atmosferze. Głodni ludzie jedzą. My byliśmy głodni, więc w jednej z nich zasiedliśmy i jedliśmy. I poroskładaliśmy wokół siebie wszystkie manatki, w stanie wydawałoby się dość nawet uporządkowanym. Niestety pośród nich był też rodzinny aparat z rodzinnymi zdjęciami. Już się chyba domyślacie… Brak aparatu odkryliśmy po tygodniu. Znaczy ja zapytałem Franka, gdzie jest aparat, który mu dałem, a on odparł, że przecież nic mu nie dawałem. I drogą dedukcji doszliśmy do restauracji, gdzie aparat po raz ostatni był widziany. Zaginął i nie powrócił. I nie powróci. A z nim nasze zdjęcia z wakacji i z koncertu, i nowa karta pamięci, diabelnie szybka. Przyjąłem to z zadziwiającym spokojem ;)

A z całej imprezy mam dwa niewyraźne zdjęcia zrobione komórką, które pewnie coś tam przedstawiają.

dsc00270.JPG

 dsc00272.JPG

No więc to jedyne pamiątki z tej imprezy. A niedługo postaram się napisać o powakacyjnej szkole… Bo też było ciekawie.

PS

Znalazłem galerię ze djęciami z koncertu (nie ma mnie na nich niestety :-( )

Problemy z regularnością

To chyba typowe dla adhd-owca, a już jak się to ADHD kumuluje w 3/4 rodziny, to w ogóle porażka… Czasem i przez miesiąc o blogu zapominam albo pamiętam, kiedy jestem z dala od komputera. A jak jestem blisko, to jakoś weny nie ma. Teraz też… Wiem, co chciałem napisać, ale nie mogę się zebrać. I piszę o kłopotach z regularnością, choć zupełnie co innego miałem opowiedzieć. Ufff…… ADHD do kwadratu.